Nie zapomniałam o swojej obietnicy pisania jak najczęściej. Wymówka jak wymówka zawsze się jakaś znajdzie. Moja jest następująca: na parę dni pojechaliś do Warszawy ( wiem, że to nie koniec świata i internet też tam jest :) ) ale jakoś jak nas było więcej to czas szybciej przelatywał przez palce i miałam go jeszcze mniej tylko dla samej siebie (nie sądziłam że to wogóle jest jeszcze możliwe). Do tego złapałam paskudnego jesiennego doła i jakoś nie miałam ochoty pakować go tutaj. Dół nadal mi niestety towarzyszy i mam problem, żeby się z niego wygramolić ( głęboka jest bestia) ale skoro znów piszę to jest jakaś nadzieja. Dziś tylko chciałam zapisać że żyje i pamiętam co sobie obiecałam ( bo nikt inny mi o tym nie przypomni)
czwartek, 20 listopada 2014
środa, 12 listopada 2014
Pierwsze kroki do (jeszcze odległego) celu
Postanowienie jest żeby zacząć dbać o siebie. Idąc za słowami mojej Babci "jak sama o siebie nie zadbasz to nikt o Ciebie nie zadba". Więc zaczynam dbanie :)
Takie prozaiczne rzeczy jak krem odżywczy na noc, lżejszy na dzień, balsam do ciała po prysznicu, piling co trzy-cztery dni zagościły u mnie na stałe. Wiem, że to nic wielkiego ale pilnuje się żeby były bo do tej pory to zawsze była wymówka jakaś, a to jest już późno, a to jestem zmęczona strasznie, a to może jutro i tak to się zawsze odkładało w czasie. A teraz nie ma mowy, nie ma wymówki. Każdy ten drobiazg zajmuje max 2 czy 3 minuty i traktuję to jako czas TYLKO dla mnie. Mam prawo do niego,nie zaniedbuję innych rzeczy (kiedyś niestety i takie miałam podejście). Jest to chwila przyjemności dla mnie, ba chwila relaksu.
Wygrzebałam z czeluści szuflady jakieś kosmetyki które kiedyś dostałam w prezencie a to na urodziny, a to z jakieś innej okazji albo sama sobie kupiłam gdy jeszcze zarabiałam na siebie. Takie trochę lepsze kosmetyki (średnia wyższa półka cenowa choć bez szaleństwa) które leżały i czekały nie wiadomo na co (chyba na to aż ich termin przydatności się skończy) a które było szkoda używać. Teraz nie ma szkoda. Teraz się nimi "delektuję". Małe przyjemności a jak potrafią ucieszyć :)
Skromny początek to prawda ale właśnie to DOPIERO POCZĄTEK ;-) Nie od razu Rzym zbudowano ;-)
Takie prozaiczne rzeczy jak krem odżywczy na noc, lżejszy na dzień, balsam do ciała po prysznicu, piling co trzy-cztery dni zagościły u mnie na stałe. Wiem, że to nic wielkiego ale pilnuje się żeby były bo do tej pory to zawsze była wymówka jakaś, a to jest już późno, a to jestem zmęczona strasznie, a to może jutro i tak to się zawsze odkładało w czasie. A teraz nie ma mowy, nie ma wymówki. Każdy ten drobiazg zajmuje max 2 czy 3 minuty i traktuję to jako czas TYLKO dla mnie. Mam prawo do niego,nie zaniedbuję innych rzeczy (kiedyś niestety i takie miałam podejście). Jest to chwila przyjemności dla mnie, ba chwila relaksu.
Wygrzebałam z czeluści szuflady jakieś kosmetyki które kiedyś dostałam w prezencie a to na urodziny, a to z jakieś innej okazji albo sama sobie kupiłam gdy jeszcze zarabiałam na siebie. Takie trochę lepsze kosmetyki (średnia wyższa półka cenowa choć bez szaleństwa) które leżały i czekały nie wiadomo na co (chyba na to aż ich termin przydatności się skończy) a które było szkoda używać. Teraz nie ma szkoda. Teraz się nimi "delektuję". Małe przyjemności a jak potrafią ucieszyć :)
Skromny początek to prawda ale właśnie to DOPIERO POCZĄTEK ;-) Nie od razu Rzym zbudowano ;-)
Trochę z innej beczki ;-) czyli przemyślenia mamy przy kawie i ...
Tak dla ścisłości w ramach małego wstępu nie jestem typem kobiety która musi mieć szafę osobną na kosmetyki, która bez pełnego makijażu ze śmieciami na podwórko nie wyjdzie, która śledzi na bieżąco trendy modowe i makijażowe. Wprost przeciwnie, na co dzień makijażu nie robię wcale, na jakieś rodzinne imprezy to podkład, tusz na rzęsy i może jakiś bardzo delikatny cień na oczy przy odrobinie fantazji i finito. Pierwszy i jedyny dzień w moim życiu (jak do tej pory) kiedy byłam naprawdę "odpicowana" to był dzień mojego ślubu (4 lata temu).
Ale ostatnio moje podejście troszkę się zmieniło. Wszystko przez zdjęcie zamieszczone w naszej miejscowej gazetce samorządowej. Jest tam króciuteńki wywiad nie wywiad (nawet sama nie wiem jak to określić) ze mną. Ale od początku.
Pewnego koszmarnie wietrznego i zimnego dnia wybrałam się z Młodym na spacer do piekarni, krótki bo pogoda nie sprzyjała ale z Młody trzeba było się przejść choć trochę bo przejawiał swoim zachowaniem totalne ekstremalne znudzenie i katastrofa wisiała już na włosku. Przy piekarni zaczepiła nas Pani z gazetki z prośbą o odpowiedź na kilka krótkich pytań (bardzo grzecznie i nie nachalnie). Jakoś nie miałam zbytniej ochoty się produkować zwłaszcza, że mieszkamy tu od niedawna i jeszcze aż tak dobrze miasta nie znam ale kobieta widzę przemarznięta (zresztą tak jak i Ja) i prosi, że już tylko jedna osoba jej została i będzie miała komplet. Dobra odpowiedziałam grzecznie na pytania a co mi tam, nawet zgodziłam się na zdjęcie z Młodym (inaczej cała robota Pani na marne) i o sprawie zapomniałam. Dopóki nie dostałam nowego wydania gazetki ze swoim zdjęciem w środku. O rany, pomijając już fakt, że moje słowa zostały trochę upiększone, ubarwione, wygładzone i umądrzone (sens został zachowany) to zdjęcie wołało o pomstę do nieba. Nie właściwie nie samo zdjęcie (Mały wyszedł na nim ok i jakość nie najgorsza) ale Ja to istny obraz nędzy i rozpaczy. Przyznaję że moja próżność (o ile takową w ogóle mam bo jak do tej pory to jakoś cicho siedziała) i samoocena poleciały bardzo mocno w dół (jeszcze słychać świst upadku). Nigdy samej siebie nie oszukiwałam, nie jestem ani ładna ani zgrabna ale na tym zdjęciu po prostu wyglądam na zapuszczoną 50latkę a mam metrykalnie 32lata. No nie ukrywam, że mocno mnie to trafiło. Ale Ja nie z tych co będą siedziały w ciemnym koncie przez tydzień (choć czasami taka godzinka samotności by się przydała ale z innych powodów). Postanowiłam się wziąć za siebie. Przy moich zasobach finansowych na wiele sobie pozwolić niestety nie mogę (renomowany fryzjer, kosmetyczka czy makijażystka albo osobisty trener czy nawet klub fitnes odpada z kretesem) ale jest internet, YouTube i sklepy kosmetyczne więc trzeba zacząć działać. Już kiedyś próbowałam ale zabrakło mi wytrwałości i systematyczności ale teraz jest inaczej. Teraz mam paskudne zdjęcie które motywuje mnie jak nic innego do tego by działać :) I co najważniejsze teraz wiem, że chcę i potrzebuję zmiany nie dla kogoś, nie dla innych tylko dla SAMEJ SIEBIE. Aby zadowolić własne EGO.
Wiele prawdy jest w tym jak mówią że po urodzeniu dziecka świat kobiety się zmienia, mój się zmienił diametralnie (ale to temat rzeka i może przy odrobinie weny i chęci kiedyś o tym może napisze). Jednego, najważniejszego mnie nauczyło, że bez systematyczności nie osiągnie się nic. Można zmieniać sposoby i drogi osiągnięcia celu, można stosować różne sztuczki, używać różnych narzędzi ale cel musi być jasno określony i trzeba wytrwale dążyć do jego osiągnięcia. Aż któregoś dnia po prostu "samo wyjdzie".
Ale ostatnio moje podejście troszkę się zmieniło. Wszystko przez zdjęcie zamieszczone w naszej miejscowej gazetce samorządowej. Jest tam króciuteńki wywiad nie wywiad (nawet sama nie wiem jak to określić) ze mną. Ale od początku.
Pewnego koszmarnie wietrznego i zimnego dnia wybrałam się z Młodym na spacer do piekarni, krótki bo pogoda nie sprzyjała ale z Młody trzeba było się przejść choć trochę bo przejawiał swoim zachowaniem totalne ekstremalne znudzenie i katastrofa wisiała już na włosku. Przy piekarni zaczepiła nas Pani z gazetki z prośbą o odpowiedź na kilka krótkich pytań (bardzo grzecznie i nie nachalnie). Jakoś nie miałam zbytniej ochoty się produkować zwłaszcza, że mieszkamy tu od niedawna i jeszcze aż tak dobrze miasta nie znam ale kobieta widzę przemarznięta (zresztą tak jak i Ja) i prosi, że już tylko jedna osoba jej została i będzie miała komplet. Dobra odpowiedziałam grzecznie na pytania a co mi tam, nawet zgodziłam się na zdjęcie z Młodym (inaczej cała robota Pani na marne) i o sprawie zapomniałam. Dopóki nie dostałam nowego wydania gazetki ze swoim zdjęciem w środku. O rany, pomijając już fakt, że moje słowa zostały trochę upiększone, ubarwione, wygładzone i umądrzone (sens został zachowany) to zdjęcie wołało o pomstę do nieba. Nie właściwie nie samo zdjęcie (Mały wyszedł na nim ok i jakość nie najgorsza) ale Ja to istny obraz nędzy i rozpaczy. Przyznaję że moja próżność (o ile takową w ogóle mam bo jak do tej pory to jakoś cicho siedziała) i samoocena poleciały bardzo mocno w dół (jeszcze słychać świst upadku). Nigdy samej siebie nie oszukiwałam, nie jestem ani ładna ani zgrabna ale na tym zdjęciu po prostu wyglądam na zapuszczoną 50latkę a mam metrykalnie 32lata. No nie ukrywam, że mocno mnie to trafiło. Ale Ja nie z tych co będą siedziały w ciemnym koncie przez tydzień (choć czasami taka godzinka samotności by się przydała ale z innych powodów). Postanowiłam się wziąć za siebie. Przy moich zasobach finansowych na wiele sobie pozwolić niestety nie mogę (renomowany fryzjer, kosmetyczka czy makijażystka albo osobisty trener czy nawet klub fitnes odpada z kretesem) ale jest internet, YouTube i sklepy kosmetyczne więc trzeba zacząć działać. Już kiedyś próbowałam ale zabrakło mi wytrwałości i systematyczności ale teraz jest inaczej. Teraz mam paskudne zdjęcie które motywuje mnie jak nic innego do tego by działać :) I co najważniejsze teraz wiem, że chcę i potrzebuję zmiany nie dla kogoś, nie dla innych tylko dla SAMEJ SIEBIE. Aby zadowolić własne EGO.
Wiele prawdy jest w tym jak mówią że po urodzeniu dziecka świat kobiety się zmienia, mój się zmienił diametralnie (ale to temat rzeka i może przy odrobinie weny i chęci kiedyś o tym może napisze). Jednego, najważniejszego mnie nauczyło, że bez systematyczności nie osiągnie się nic. Można zmieniać sposoby i drogi osiągnięcia celu, można stosować różne sztuczki, używać różnych narzędzi ale cel musi być jasno określony i trzeba wytrwale dążyć do jego osiągnięcia. Aż któregoś dnia po prostu "samo wyjdzie".
wtorek, 11 listopada 2014
Wieczorem przy fontannie
| Foto. Mama przy kawie |
Zdjęcia niestety nie oddają całego uroku fontanny :( a filmik w ogóle się nie chce odtworzyć :(
| Foto. Mama przy kawie |
| Foto. Mama przy kawie |
| Foto. Mama przy kawie |
Inauguracja Placu Zabaw przy Urzędzie Miasta
![]() |
| Foto. Mama przy kawie Nowy Plac Zabaw przy Urzędzie Miasta w Józefowie |
Dziś Święto Narodowe, dzień wolny od pracy, dzień uroczystości, piękny i słoneczny (chwilami) dzień. Dzisiaj też jest dzień "inauguracji" fontanny na skwerze przy Urzędzie Miasta Józefów. Inauguracji w apostrofie ponieważ fontanna działa o ile się nie mylę od dwóch dni, ale co tam jest okazja jest impreza :) Wybraliśmy się rodzinnie na spacer, a że mamy baardzo blisko to wyprawa zbyt daleka nie była :)
Od rana słyszeliśmy próby i przygotowania, miało być przemówienie burmistrza, występy i jakieś inscenizacje organizowane przez młodzież szkolną i wiele atrakcji. Z tych wszystkich atrakcji dla naszego Młodego oczywiście najważniejszy był Plac Zabaw. Od jakiegoś miesiąca prawie codziennie spacerowaliśmy jedną i tą samą trasą dookoła Urzędu Miasta gdzie trwały wzmożone prace nad budową skweru im. Św. Jana Pawła II, fontanny i placu zabaw oraz renowacja Miejskiego Domu Kultury. Codziennie sprawdzaliśmy postępy w pracach i tęsknym okiem zerkaliśmy na wciąż zamknięty plac. Taka forma atrakcji dla nas, bo były i koparki i wywrotki i inne urządzenia mniejszych i większych gabarytów. Wiadomo dla chłopaka to niesamowita frajda jest. Dziś skwer został oficjalnie otwarty więc cel naszego dzisiejszego spaceru był oczywisty :)
![]() ![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
Młody z początku trochę się bał iść, ponieważ trwały próby na scenie przy MDKu (hałas go bardzo onieśmiela nadal) ale po małych namowach i złapaniu kurczowo za rękę Tatusia poszedł. Zwiedzał każdą nową zabawkę i nawet bawił się chwilę w pirata sterującego wielkim okrętem.
Najbardziej jednak podobał mu się żwirek wysypany między "sprężynującą" matę (nie wiem jak się ona fachowo nazywa ale jak się po niech chodzi to jest takie fajne uczycie jakby się chodziło po sprężynach) a drzewa na placu zabaw
Najbardziej jednak podobał mu się żwirek wysypany między "sprężynującą" matę (nie wiem jak się ona fachowo nazywa ale jak się po niech chodzi to jest takie fajne uczycie jakby się chodziło po sprężynach) a drzewa na placu zabaw
Plac zabaw fajny, taki akurat dla dzieci w jego wieku (starsze raczej atrakcji z niego za dużej nie będą miały) i co najważniejsze bardzo blisko naszego domku (wystarczy przejść na drugą stronę torów i już). Dla mnie jest to fantastyczne rozwiązanie gdy nie mamy siły czy też ochoty na dalsze wyprawy możemy się przespacerować nie za daleko a jednak mieć z tego atrakcję. Obawiam się tylko o to jak długo zabawki będą w taki nienaruszonym stanie. Plac nie jest ogrodzony ani w żaden sposób zabezpieczony a niestety nasze społeczeństwo jest takie jakie jest nie potrafi uszanować publicznej własności (taka jest prawda i nie ma co się oszukiwać). Pocieszam się faktem, że miasto ma monitoring i mam wielką nadzieję, że ktoś pomyślał za wczasu i choć jedną kamerę skierował na nowy plac i fontannę.
Fontanna jest nowoczesna, dysze "wbudowane" w płyty chodnikowe z iluminacją świetlną. Za dnia nie za bardzo to widać (zwłaszcza, że dziś trafiliśmy akurat na samo słoneczko) ale myślę że po zmierzchu naprawdę jest ciekawy efekt. Może dziś po drzemce Młodego i obowiązkowej serii bajek uda nam się jeszcze raz wyjść na spacer i obejrzeć fontannę w całej okazałości.
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
sobota, 8 listopada 2014
Poległam i Ja :(
Moich chłopaków już całkiem wyleczyłam więc przyszedł teraz czas na mnie. Bo wiadomo, że jak wszyscy to wszyscy,a że Ja narażona w sumie z obu stron to nie ma bata żeby przeszło sobie bokiem. W czwartek zaczęło się na dobre. Od rana za przeproszeniem sraczka i żygaczka, a do tego zawroty głowy i gorączka.Nie mogłam ani jeść ani pić bo wszystko prze zemnie przelatywało.
Szczęście w nieszczęściu, że mój Mąż miał do pracy na drugą zmianę więc rano miałam pomoc. Później z odsieczą przybyła moja mama. Zabrała Młodego na bardzo długi spacer na plac zabaw gdzie się wybiegał i wyszalał, a Ja myk do wyrka pod dwa grube koce ale i tak mnie telepało zdrowo. Przyszli po trzech godzinach, w sensie moja mama przyszła, a młody w spacerówce słodko drzemał sobie. Fantastycznie odpada szarpanie z usypianiem go. Moja mam wróciła do siebie a Ja jeszcze myk do wyrka i tak kolejne trzy godzinki dygotania pod dwoma kocami dopóki Młody nie wstał. Na szczęście mój Mąż wykazał się zdrowym rozsądkiem i wybłagał (dosłownie) od szefa możliwość wcześniejszego wyjścia z pracy i wziął na piątek dzień na żądanie żeby się mną i Młodym zająć. Ile się musiał nasłuchać od szefa to już się nawet nie chciał przyznać ale po minie jak się go o to zapytałam poznałam że jak zwykle nie było łatwo. To nic,że facet ma rodzinę i dzieci ale zrozumienia i życzliwości odrobinę dla drugiego człowieka już mu brak.
W piątek już troszkę się poprawiło, przynajmniej z rana bo udało mi się co nieco zjeść (bułkę z masłem ale to już coś) niestety temperatura bardzo spadła poniżej 36.5 (osłabienie no nic dziwnego po całym dniu głodówki) więc wróciły zawroty głowy i omdlenia.
Dziś jest trochę lepiej, w głowie nadal się kręci i chodzę na bardzo zwolnionych obrotach ale już nie "biegam tak często do toalety". Posta pisałam przez prawie 2 godziny więc to chyba świadczy o tym że jeszcze nie do końca z mną jest ok. Ale zaparłam się,że będę co parę dni pisać więc piszę bo jak odpuszczę to będę odpuszczać sobie coraz więcej a tak być nie może.
Szczęście w nieszczęściu, że mój Mąż miał do pracy na drugą zmianę więc rano miałam pomoc. Później z odsieczą przybyła moja mama. Zabrała Młodego na bardzo długi spacer na plac zabaw gdzie się wybiegał i wyszalał, a Ja myk do wyrka pod dwa grube koce ale i tak mnie telepało zdrowo. Przyszli po trzech godzinach, w sensie moja mama przyszła, a młody w spacerówce słodko drzemał sobie. Fantastycznie odpada szarpanie z usypianiem go. Moja mam wróciła do siebie a Ja jeszcze myk do wyrka i tak kolejne trzy godzinki dygotania pod dwoma kocami dopóki Młody nie wstał. Na szczęście mój Mąż wykazał się zdrowym rozsądkiem i wybłagał (dosłownie) od szefa możliwość wcześniejszego wyjścia z pracy i wziął na piątek dzień na żądanie żeby się mną i Młodym zająć. Ile się musiał nasłuchać od szefa to już się nawet nie chciał przyznać ale po minie jak się go o to zapytałam poznałam że jak zwykle nie było łatwo. To nic,że facet ma rodzinę i dzieci ale zrozumienia i życzliwości odrobinę dla drugiego człowieka już mu brak.
W piątek już troszkę się poprawiło, przynajmniej z rana bo udało mi się co nieco zjeść (bułkę z masłem ale to już coś) niestety temperatura bardzo spadła poniżej 36.5 (osłabienie no nic dziwnego po całym dniu głodówki) więc wróciły zawroty głowy i omdlenia.
Dziś jest trochę lepiej, w głowie nadal się kręci i chodzę na bardzo zwolnionych obrotach ale już nie "biegam tak często do toalety". Posta pisałam przez prawie 2 godziny więc to chyba świadczy o tym że jeszcze nie do końca z mną jest ok. Ale zaparłam się,że będę co parę dni pisać więc piszę bo jak odpuszczę to będę odpuszczać sobie coraz więcej a tak być nie może.
środa, 5 listopada 2014
uf!
Dzisiejszy dzień na szczęście był totalnym przeciwieństwem wczorajszego. Co prawda pobudka była o 5 rano! ale Młody się zlitował i dał mi jeszcze troszkę podrzemać bawiąc się samochodzikami na naszym łóżku małżeńskim.
Humorek od samego rana miał naprawdę super, grzecznie się bawił, jak poprosiłam żeby posprzątał zabawki z podłogi to bez grymaszenia zrobił to raz dwa (zawsze była o to prawdziwa walka), pozwolił mi na spokojnie zrobić obiad i posprzątać. No istny cud miód i orzeszki :)
W południe poszliśmy na podwórko i mały spacer (choć na spacer musiałam go o dziwo mocno namawiać). Poszliśmy do Pani Kozy, tak tak prawdziwej żywej kozy. Ktoś prawie w środku miasta ( rzut beretek od głównej arteri naszego miasta) trzyma sobie w ogródku żywą kozę. Choć widziałam ostatnio na rondzie obok nas biegające całe stado kóz więc nawet już się tej jednej nie dziwię. Przyjazna jest ta nasz Pani Koza bardzo, jak tylko nas przyuważy to przybiega się przywitać i oczysiście na mały poczęstunek (bo zwasze mamy dla niech choć kawałek marchewki). Młody ją zawsze karmi dumny niesłychanie.
Po spacerze na lulu bez najmniejszego sprzeciwu poszedł i spał jak susełek trzy godziny,a Ja w szoku totalnym tylko co chwile sprawdzałam czy czasem gorączki nie ma bo taka nagła odmiana o 180 stopni to aż podejrzane. Ale wszystko było ok.
Jak wstał to też z humorem dobrym i tak nam minoł spokojnie i wręcz sielankowo cały dzionek. Czy nie mogło by tak być już na stałe? Mnie się naprawdę bardzo to podobało. Choć z drugiej strony pewnie szybko by się znudziła taka sielanka. No takiej jak Ja to nigdy nie dogodzisz ;)
Humorek od samego rana miał naprawdę super, grzecznie się bawił, jak poprosiłam żeby posprzątał zabawki z podłogi to bez grymaszenia zrobił to raz dwa (zawsze była o to prawdziwa walka), pozwolił mi na spokojnie zrobić obiad i posprzątać. No istny cud miód i orzeszki :)
W południe poszliśmy na podwórko i mały spacer (choć na spacer musiałam go o dziwo mocno namawiać). Poszliśmy do Pani Kozy, tak tak prawdziwej żywej kozy. Ktoś prawie w środku miasta ( rzut beretek od głównej arteri naszego miasta) trzyma sobie w ogródku żywą kozę. Choć widziałam ostatnio na rondzie obok nas biegające całe stado kóz więc nawet już się tej jednej nie dziwię. Przyjazna jest ta nasz Pani Koza bardzo, jak tylko nas przyuważy to przybiega się przywitać i oczysiście na mały poczęstunek (bo zwasze mamy dla niech choć kawałek marchewki). Młody ją zawsze karmi dumny niesłychanie.
Po spacerze na lulu bez najmniejszego sprzeciwu poszedł i spał jak susełek trzy godziny,a Ja w szoku totalnym tylko co chwile sprawdzałam czy czasem gorączki nie ma bo taka nagła odmiana o 180 stopni to aż podejrzane. Ale wszystko było ok.
Jak wstał to też z humorem dobrym i tak nam minoł spokojnie i wręcz sielankowo cały dzionek. Czy nie mogło by tak być już na stałe? Mnie się naprawdę bardzo to podobało. Choć z drugiej strony pewnie szybko by się znudziła taka sielanka. No takiej jak Ja to nigdy nie dogodzisz ;)
A oto i nasza Pani Koza:
![]() |
| Fot. mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
wtorek, 4 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Mój rycerz
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
Mój Młody dziś postanowił, że będzie rycerzem. Więc Mama musiała wykazać się trochę kreatywnością i stworzyć strój dla swojego bohatera. O ile z peleryną nie było większego problemu bo wystarczył zarzucony na plecy kocyk to już z hełmem był większy problem. Musiało to być coś godnego prawdziwego rycerza i jednocześnie lekkiego żeby było wygodniej (no i oczywiście bezpieczniej w trakcie szaleństw). Złapałam kartkę z bloku rysunkowego, skleiłam taśmą klejąca tworząc rulonik mniej więcej o średnicy głowy Młodego i gotowe. Oczywiście wszystko na tępo i niezbyt dokładnie bo Mały już się strasznie niecierpliwił (słowo "poczekaj chwilkę" albo "powoli" w jego słowniku nie istnieje :) ).Więc wyszło to troszkę pokracznie, ale radość i duma na buziaku Młodego bezcenna. Oczywiście hełm trzeba było jakoś przystroić (każdy rycerz ma piękny kolorowy hełm jak mnie dziecię moje poinstruowało) więc wzięliśmy się już wspólnie do pracy. W ruch poszły ulubione stempelki (z Biedronki) , kredki ołówkowe, świecowe i oczywiście najważniejsze narzędzie małe paluszki. Zabawy i śmiechu mieliśmy przy tym bardzo dużo, a mój Młody jak tworzył swoje dzieło w skupieniu to (tak jak mamusia kiedyś dawno dawno temu) z czubkiem języka na górnej wardze. Widok słodki niestety nie udało się uwiecznić go na zdjęciu. W ferworze pracy oczywiście wszystko było pokazane i palce i bluzka i buźka oczywiście też. Po wykonaniu ciężkiej pracy oczywiście przyszła pora na sesję foto (Młody uwielbia jak mu robię zdjęcia) i w końcu na zasadniczą zabawę. Oczywiście jak był rycerz to potrzebny był też smok którym oczywiście została Mama (tu przebranie i akcesoria nie były potrzebne wcale jestem wystarczająco straszna :) )
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
![]() |
| Foto. Mama przy kawie |
niedziela, 2 listopada 2014
Mocne postanowienie
Ciągle nie mam serca do prowadzenia bloga. Jakoś nie potrafię się tu odnaleźć, nie czuję się w tym za dobrze. Wczoraj, a może już dziś (noc była nie pamiętam jaka godzina na zegarze) postanowiłam, że zawezmę się i będę pisać i JUŻ. Gdy Młody spał usiadłam do kompa i zmieniłam wygląd bloga. Teraz jakoś jest według mnie bardziej przejrzyście, ale i bardziej przytulnie. Chyba.
Postanowiłam, że będę pisała minimum co dwa dni. Nawet krótko i o czymś co zobaczyłam, przeczytałam, znalazłam w sieci, co mnie zirytowało, zaciekawiło itd. itp.
Takie po prostu małe co nieco ode mnie, niekoniecznie Kubusiowy miodek :)
No postanowienie mocne, mimo tego, że wiem iż nie będzie łatwo ponieważ Młody niestety nie pozostawia mi zbyt dużo wolnego czasu. Najwyżej będę pisała partiami i już.
Troszkę muszę ogarnąć i zorganizować swoje życie i dzień.
Będzie dobrze!
Musi być!
Postanowiłam, że będę pisała minimum co dwa dni. Nawet krótko i o czymś co zobaczyłam, przeczytałam, znalazłam w sieci, co mnie zirytowało, zaciekawiło itd. itp.
Takie po prostu małe co nieco ode mnie, niekoniecznie Kubusiowy miodek :)
No postanowienie mocne, mimo tego, że wiem iż nie będzie łatwo ponieważ Młody niestety nie pozostawia mi zbyt dużo wolnego czasu. Najwyżej będę pisała partiami i już.
Troszkę muszę ogarnąć i zorganizować swoje życie i dzień.
Będzie dobrze!
Musi być!
Domowy szpital
No i znowu wirusy nas dopadły.
Zaczęło się od przemarznięcia albo raczej od przewiania na Wólce. Pojechaliśmy całą familią ogarnąć grób mojego ojca. Zimno było koszmarnie,a do tego wiatr. Kto był na Wólce ten wie jakie tam hektary ogromne i jak wiatr sobie szaleje. Pomimo że streszczaliśmy się tak szybko jak to było tylko możliwe zmarzliśmy na kość. No i oczywiście następnego dnia Młody już zakichany i kaszlący ale wszyscy ogólnie kiepsko się czuliśmy.
Zaczęło się od przemarznięcia albo raczej od przewiania na Wólce. Pojechaliśmy całą familią ogarnąć grób mojego ojca. Zimno było koszmarnie,a do tego wiatr. Kto był na Wólce ten wie jakie tam hektary ogromne i jak wiatr sobie szaleje. Pomimo że streszczaliśmy się tak szybko jak to było tylko możliwe zmarzliśmy na kość. No i oczywiście następnego dnia Młody już zakichany i kaszlący ale wszyscy ogólnie kiepsko się czuliśmy.
Wracaliśmy do siebie we wtorek i od tego dnia się zaczęło na poważnie nieciekawie. Moja Siostra zakatarzona, zachrypnięta i ledwo żywa. Młody coraz bardziej kasłał i lał się z niego katar litrami do tego wszystkiego ma taką przypadłość,że jak go kaszel dłużej trzyma to wymiotuje. Więc wszystko wokół jest za.... i pralka pełna chodzi min. dwa trzy razy dziennie.
W czwartek dopadło mojego Męża, mdłości, rozwolnienie i gorączka.
W czwartek dopadło mojego Męża, mdłości, rozwolnienie i gorączka.
Werdykt lekarza ROTAWIRUS.
Fantastycznie :-(
Młody na szczęście szczepiony i szczepionka aktywna jeszcze więc powinien lżej to przejść.
Tak więc od piątku miałam w domu szpital ( a dla mnie raczej naprawdę ostrą jazdę bez trzymanki).
W kwestii wyjaśnienia moje dziecię jest z rodzaju tych co nie poleżą spokojnie w łóżku mimo nawet gorączki. On w takiej sytuacji biega,skacze i szaleje,nie potrafi się zająć niczym na dłużej niż minutę. Wszystko jest na NIE i już.
Natomiast mój Mąż jest dętka,konający w męczarniach i prawie już jedną nogą na tamtym świecie (w jego mniemaniu oczywiście) stępa, sapie, wzdycha i jęczy (kurde a ze mną w łóżku jak jest to nawet dźwięku z siebie nie wyda). No i oczywiście jak na obłożnie chorego leży pod kołderką cały boży dzień i przynieś mi to, przynieś mi tamto, podaj mi to i tamto, zrób mi herbatkę, zupkę, mleczko z miodkiem itd.
Młody na szczęście szczepiony i szczepionka aktywna jeszcze więc powinien lżej to przejść.
Tak więc od piątku miałam w domu szpital ( a dla mnie raczej naprawdę ostrą jazdę bez trzymanki).
W kwestii wyjaśnienia moje dziecię jest z rodzaju tych co nie poleżą spokojnie w łóżku mimo nawet gorączki. On w takiej sytuacji biega,skacze i szaleje,nie potrafi się zająć niczym na dłużej niż minutę. Wszystko jest na NIE i już.
Natomiast mój Mąż jest dętka,konający w męczarniach i prawie już jedną nogą na tamtym świecie (w jego mniemaniu oczywiście) stępa, sapie, wzdycha i jęczy (kurde a ze mną w łóżku jak jest to nawet dźwięku z siebie nie wyda). No i oczywiście jak na obłożnie chorego leży pod kołderką cały boży dzień i przynieś mi to, przynieś mi tamto, podaj mi to i tamto, zrób mi herbatkę, zupkę, mleczko z miodkiem itd.
A Ja między nimi biegam i zastanawiam się tylko kiedy na zakręcie przywalę w ścinę.
A mnie oczywiście nic nie bierze. Śpię po 3 góra 4 godziny w nocy (Młody ciągle się budzi z płaczem, a mąż chrapie przeraźliwie), niewiele jem (nie mam kiedy nawet o tym pomyśleć), usiąść nie mam nawet jak bo ciągle tylko ktoś coś odemnie chce. A i jeszcze Mrowisko (pies którym się opiekujemy) plącze się między nogami bo widzi i czuje,że coś jakoś jest inaczej. O ile to razy mało nie wyrznęłam ryjkiem o podłogę przez nią to już nawet nie wiem.
Gdy piszę tego posta to jesteśmy już chyba na finiszu choróbska. Chłopaki zaczynają normalnie jeść i "w miarę normalnie" się zachowywać. Młody śpi, Mąż męczy kompa, a Ja wreszcie mam chwilkę oddechu.
![]() |
| Foto. mama przy kawie Jedna z niewielu chwil odpoczynku |
![]() |
| Foto. mama przy kawie Młody "padł" ze zmęczenia |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



















