czwartek, 18 grudnia 2014

Gorączka przedświąteczna

Zbieram się od dwóch tygodni żeby nadrobić zaległości na blogu no i jakoś topornie mi to idzie. A teraz wcale nie będzie łatwiej bo wielkimi krokami zbliżają się święta. A te święta będą koszmarnie pokręcone. Moja mama pojechała na kilka dni do moich dziadków ponieważ stan zdrowia mojego dziadka bardzo się pogorszył. Wróci w niedzielę albo w poniedziałek. Mało czasu na przygotowania. Oczywiście zaproponowałam że pomogę albo wigilię zrobimy u nas ale oczywiście się nie zgodziła. "Łaskawie" pozwoliła "coś" przygotować. Dodre i to :-) choć zaczynam powątpiewać czy wogóle coś mi się uda zrobić ponieważ Młody ostatnio potwornie daje mi w kość.

Wekeend zapowiada się prawdziwym hardkorem. Zarówno w sobotę jak i w niedzielę.

SOBOTA
Ciotka mojego męża wymyśliła sobie,że koniecznie w sobotę trzeba zrobić "maraton cmentarny" koniecznie w wekeend przed świętami gdy roboty jest tyle że niewiadomo w co najpierw łapy wsadzić. Wypadało by wreszcie trochę chałupinę ogarnąć coś przygotować na święta ale nie, musimy po cmentarzach chodzić. Bo co ludzie powiedzą jak na grobach nie będzie świątecznego stroika. A dwa tygodnie temu na cmentarzach była. A żeby było śmieszniej to MY mamy łazić a ONA będzie sobie w domku siedzieć. Bajka.

NIEDZIELA
Moja "kochana" Teściowa wymyśliła sobie na ten dzień obiad powitalny dla swojego najukochańszego synka i jego rodziny która przyjeżdza do kraju na święta. Zrozumiałabym to może gdyby opuścili nasz kraj lata temu ale oni wyjechali w sierpniu tego roku. Ale przyjeżdzają na święta więc z tej okazji trzeba spend rodzinny robić na trzy dni przed świętami (w które i tak się z nimi zobaczymy na obiedzie u Ciotki mojego meża). Argument mojej teściowej "bo oni przylatują w sobotę w nocy po bardzo długim locie z przesiadką i żeby synowa nie musiała obiadu robić to Ja zrobię dla nich obiad i przyjadą do mnie". Ok, argument mogę zrozumieć (choć Ja akurat na ich miejscu wolałabym poprostu odpocząć) ale po jakiego grzyba odrazu całą rodzinę zwoływać to tego nie rozumiem. Miała by ich dla siebie i mogła by wreszcie nacieszyć się swoimi słoneczkami (tak nazywa synów swojego najukochańszego syna). Tak wiem wredność przezemnie przemawia.

No i tak się zapowiada wekeend. Do działania zostaje mi poniedziałek i kawałek wtorku. Dziś przez 4 godziny pakowałam prezenty. Nie, nie dla tego że aż tyle ich jest tylko dlatego że Młody niespał dziś wogóle.
Na dokładkę strasznie boli mnie prawe ucho, jakby ktoś mi szpikulec wsadził do środka i przekręcał powoli. Może jakieś zapalenie się wykluwa.
Ech święta.

czwartek, 20 listopada 2014

Nie,nie zapomniałam

Nie zapomniałam o swojej obietnicy pisania jak najczęściej. Wymówka jak wymówka zawsze się jakaś znajdzie. Moja jest następująca: na parę dni pojechaliś do Warszawy ( wiem, że to nie koniec świata i internet też tam jest :) ) ale jakoś jak nas było więcej to czas szybciej przelatywał przez palce i miałam go jeszcze mniej tylko dla samej siebie (nie sądziłam że to wogóle jest jeszcze możliwe). Do tego złapałam paskudnego jesiennego doła i jakoś nie miałam ochoty pakować go tutaj. Dół nadal mi niestety towarzyszy i mam problem, żeby się z niego wygramolić ( głęboka jest bestia) ale skoro znów piszę to jest jakaś nadzieja. Dziś tylko chciałam zapisać że żyje i pamiętam co sobie obiecałam ( bo nikt inny mi o tym nie przypomni)

środa, 12 listopada 2014

Pierwsze kroki do (jeszcze odległego) celu

Postanowienie jest żeby zacząć dbać o siebie. Idąc za słowami mojej Babci "jak sama o siebie nie zadbasz to nikt o Ciebie nie zadba". Więc zaczynam dbanie :)
Takie prozaiczne rzeczy jak krem odżywczy na noc, lżejszy na dzień, balsam do ciała po prysznicu, piling co trzy-cztery dni zagościły u mnie na stałe. Wiem, że to nic wielkiego ale pilnuje się żeby były bo do tej pory to zawsze była wymówka jakaś, a to jest już późno, a to jestem zmęczona strasznie, a to może jutro i tak to się zawsze odkładało w czasie. A teraz nie ma mowy, nie ma wymówki. Każdy ten drobiazg zajmuje max 2 czy 3 minuty i traktuję to jako czas TYLKO dla mnie. Mam prawo do niego,nie zaniedbuję innych rzeczy (kiedyś niestety i takie miałam podejście). Jest to chwila przyjemności dla mnie, ba chwila relaksu.
Wygrzebałam z czeluści szuflady jakieś kosmetyki które kiedyś dostałam w prezencie a to na urodziny, a to z jakieś innej okazji albo sama sobie kupiłam gdy jeszcze zarabiałam na siebie. Takie trochę lepsze kosmetyki (średnia wyższa półka cenowa choć bez szaleństwa) które leżały i czekały nie wiadomo na co (chyba na to aż ich termin przydatności się skończy) a które było szkoda używać. Teraz nie ma szkoda. Teraz się nimi "delektuję".  Małe przyjemności a jak potrafią ucieszyć :)
Skromny początek to prawda ale właśnie to DOPIERO POCZĄTEK ;-) Nie od razu Rzym zbudowano ;-)

Trochę z innej beczki ;-) czyli przemyślenia mamy przy kawie i ...

Tak dla ścisłości w ramach małego wstępu nie jestem typem kobiety która musi mieć szafę osobną na kosmetyki, która bez pełnego makijażu ze śmieciami na podwórko nie wyjdzie, która śledzi na bieżąco trendy modowe i makijażowe. Wprost przeciwnie, na co dzień makijażu nie robię wcale, na jakieś rodzinne imprezy to podkład, tusz na rzęsy i może jakiś bardzo delikatny cień na oczy przy odrobinie fantazji i finito. Pierwszy i jedyny dzień w moim życiu (jak do tej pory) kiedy byłam naprawdę "odpicowana" to był dzień mojego ślubu (4 lata temu).
Ale ostatnio moje podejście troszkę się zmieniło. Wszystko przez zdjęcie zamieszczone w naszej miejscowej gazetce samorządowej. Jest tam króciuteńki wywiad nie wywiad (nawet sama nie wiem jak to określić) ze mną. Ale od początku.
Pewnego koszmarnie wietrznego i zimnego dnia wybrałam się z Młodym na spacer do piekarni, krótki bo pogoda nie sprzyjała ale z Młody trzeba było się przejść choć trochę bo przejawiał swoim zachowaniem totalne ekstremalne znudzenie i katastrofa wisiała już na włosku. Przy piekarni zaczepiła nas Pani z gazetki z prośbą o odpowiedź na kilka krótkich pytań (bardzo grzecznie i nie nachalnie). Jakoś nie miałam zbytniej ochoty się produkować zwłaszcza, że mieszkamy tu od niedawna i jeszcze aż tak dobrze miasta nie znam ale kobieta widzę przemarznięta (zresztą tak jak i Ja) i prosi, że już tylko jedna osoba jej została i będzie miała komplet. Dobra odpowiedziałam grzecznie na pytania a co mi tam, nawet zgodziłam się na zdjęcie z Młodym (inaczej cała robota Pani na marne) i o sprawie zapomniałam. Dopóki nie dostałam nowego wydania gazetki ze swoim zdjęciem w środku. O rany, pomijając już fakt, że moje słowa zostały trochę upiększone, ubarwione, wygładzone i  umądrzone (sens został zachowany) to zdjęcie wołało o pomstę do nieba. Nie właściwie nie samo zdjęcie (Mały wyszedł na nim ok i jakość nie najgorsza) ale Ja to istny obraz nędzy i rozpaczy. Przyznaję że moja próżność (o ile takową w ogóle mam bo jak do tej pory to jakoś cicho siedziała) i samoocena poleciały bardzo mocno w dół (jeszcze słychać świst upadku). Nigdy samej siebie nie oszukiwałam, nie jestem ani ładna ani zgrabna ale na tym zdjęciu po prostu wyglądam na zapuszczoną 50latkę a mam metrykalnie 32lata. No nie ukrywam, że mocno mnie to trafiło. Ale Ja nie z tych co będą siedziały w ciemnym koncie przez tydzień (choć czasami taka godzinka samotności by się przydała ale z innych powodów). Postanowiłam się wziąć za siebie. Przy moich zasobach finansowych na wiele sobie pozwolić niestety nie mogę (renomowany fryzjer, kosmetyczka czy makijażystka albo osobisty trener czy nawet klub fitnes odpada z kretesem) ale jest internet, YouTube i sklepy kosmetyczne więc trzeba zacząć działać. Już kiedyś próbowałam ale zabrakło mi wytrwałości i systematyczności ale teraz jest inaczej. Teraz mam paskudne zdjęcie które motywuje mnie jak nic innego do tego by działać :)  I co najważniejsze teraz wiem, że chcę i potrzebuję zmiany nie dla kogoś, nie dla innych tylko dla SAMEJ SIEBIE. Aby zadowolić własne EGO.
Wiele prawdy jest w tym jak mówią że po urodzeniu dziecka świat kobiety się zmienia, mój się zmienił diametralnie (ale to temat rzeka i może przy odrobinie weny i chęci kiedyś o tym może napisze). Jednego, najważniejszego mnie nauczyło, że bez systematyczności nie osiągnie się nic. Można zmieniać sposoby i drogi osiągnięcia celu, można stosować różne sztuczki, używać różnych narzędzi ale cel musi być jasno określony i trzeba wytrwale dążyć do jego osiągnięcia. Aż któregoś dnia po prostu "samo wyjdzie".

wtorek, 11 listopada 2014

Wieczorem przy fontannie

Foto. Mama przy kawie
Nie mogłam sobie odpuścić tej przyjemności i o 19-tej wyciągnęłam jeszcze Młodego do fontanny. Wrażenie wizualne bardzo bardzo fajne. No i Młody też był pod wrażeniem dużym, podobała mu się bardzo gra kolorów na wodzie. Nie obyło się oczywiście bez kolejnej wizyty na Placu Zabaw. Coś mi się wydaje, że mimo początkowej nieśmiałości to jednak polubił nową atrakcję miasta.
Zdjęcia niestety nie oddają całego uroku fontanny :( a filmik w ogóle się nie chce odtworzyć :(

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie


Foto. Mama przy kawie




Inauguracja Placu Zabaw przy Urzędzie Miasta


Foto. Mama przy kawie
Nowy Plac Zabaw przy Urzędzie Miasta w Józefowie
Dziś Święto Narodowe, dzień wolny od pracy, dzień uroczystości, piękny i słoneczny (chwilami) dzień. Dzisiaj też jest dzień "inauguracji" fontanny na skwerze przy Urzędzie Miasta Józefów. Inauguracji w apostrofie ponieważ fontanna działa o ile się nie mylę od dwóch dni, ale co tam jest okazja jest impreza :) Wybraliśmy się rodzinnie na spacer, a że mamy baardzo blisko to wyprawa zbyt daleka nie była :)

Od rana słyszeliśmy próby i przygotowania, miało być przemówienie burmistrza, występy i jakieś inscenizacje organizowane przez młodzież szkolną i wiele atrakcji. Z tych wszystkich atrakcji dla naszego Młodego oczywiście najważniejszy był Plac Zabaw. Od jakiegoś miesiąca prawie codziennie spacerowaliśmy jedną i tą samą trasą dookoła Urzędu Miasta gdzie trwały wzmożone prace nad budową skweru im. Św. Jana Pawła II, fontanny i placu zabaw oraz renowacja Miejskiego Domu Kultury. Codziennie sprawdzaliśmy postępy w pracach i tęsknym okiem zerkaliśmy na wciąż zamknięty plac. Taka forma atrakcji dla nas, bo były i koparki i wywrotki i inne urządzenia mniejszych i większych gabarytów. Wiadomo dla chłopaka to niesamowita frajda jest. Dziś skwer został oficjalnie otwarty więc cel naszego dzisiejszego spaceru był oczywisty :) 

Foto. Mama przy kawie
Młody z początku trochę się bał iść, ponieważ trwały próby na scenie przy MDKu (hałas go bardzo onieśmiela nadal) ale po małych namowach i złapaniu kurczowo za rękę Tatusia poszedł. Zwiedzał każdą nową zabawkę i nawet bawił się chwilę w pirata sterującego wielkim okrętem.
Najbardziej jednak podobał mu się żwirek wysypany między "sprężynującą" matę (nie wiem jak się ona fachowo nazywa ale jak się po niech chodzi to jest takie fajne uczycie jakby się chodziło po sprężynach) a drzewa na placu zabaw 
Plac zabaw fajny, taki akurat dla dzieci w jego wieku (starsze raczej atrakcji z niego za dużej nie będą miały) i co najważniejsze bardzo blisko naszego domku (wystarczy przejść na drugą stronę torów i już). Dla mnie jest to fantastyczne rozwiązanie gdy nie mamy siły czy też ochoty na dalsze wyprawy możemy się przespacerować nie za daleko a jednak mieć z tego atrakcję. Obawiam się tylko o to jak długo zabawki będą w taki nienaruszonym stanie. Plac nie jest ogrodzony ani w żaden sposób zabezpieczony a niestety nasze społeczeństwo jest takie jakie jest nie potrafi uszanować publicznej własności (taka jest prawda i nie ma co się oszukiwać). Pocieszam się faktem, że miasto ma monitoring i mam wielką nadzieję, że ktoś pomyślał za wczasu i choć jedną kamerę skierował na nowy plac i fontannę. 
Fontanna jest nowoczesna, dysze "wbudowane" w płyty chodnikowe z iluminacją świetlną. Za dnia nie za bardzo to widać (zwłaszcza, że dziś trafiliśmy akurat na samo słoneczko) ale myślę że po zmierzchu naprawdę jest ciekawy efekt. Może dziś po drzemce Młodego i obowiązkowej serii bajek uda nam się jeszcze raz wyjść na spacer i obejrzeć fontannę w całej okazałości.  


Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie

sobota, 8 listopada 2014

Poległam i Ja :(

Moich chłopaków już całkiem wyleczyłam więc przyszedł teraz czas na mnie. Bo wiadomo, że jak wszyscy to wszyscy,a że Ja narażona w sumie z obu stron to nie ma bata żeby przeszło sobie bokiem.  W czwartek zaczęło się na dobre. Od rana za przeproszeniem sraczka i żygaczka, a do tego zawroty głowy i gorączka.Nie mogłam ani jeść ani pić bo wszystko prze zemnie przelatywało.
 Szczęście w nieszczęściu, że mój Mąż miał do pracy na drugą zmianę więc rano miałam pomoc. Później z odsieczą przybyła moja mama. Zabrała Młodego na bardzo długi spacer na plac zabaw gdzie się wybiegał i wyszalał, a Ja myk do wyrka pod dwa grube koce ale i tak mnie telepało zdrowo. Przyszli po trzech godzinach, w sensie moja mama przyszła, a młody w spacerówce słodko drzemał sobie. Fantastycznie odpada szarpanie z usypianiem go. Moja mam wróciła do siebie a Ja jeszcze myk do wyrka i tak kolejne trzy godzinki dygotania pod dwoma kocami dopóki Młody nie wstał. Na szczęście mój Mąż wykazał się zdrowym rozsądkiem i wybłagał (dosłownie) od szefa możliwość wcześniejszego wyjścia z pracy i wziął na piątek dzień na żądanie żeby się mną i Młodym zająć. Ile się musiał nasłuchać od szefa to już się nawet nie chciał przyznać ale po minie jak się go o to zapytałam poznałam że jak zwykle nie było łatwo. To nic,że facet ma rodzinę i dzieci ale zrozumienia i życzliwości odrobinę dla drugiego człowieka już mu brak.
W piątek już troszkę się poprawiło, przynajmniej z rana bo udało mi się co nieco zjeść (bułkę z masłem ale to już coś) niestety temperatura bardzo spadła poniżej 36.5 (osłabienie no nic dziwnego po całym dniu głodówki) więc wróciły zawroty głowy i omdlenia.
Dziś jest trochę lepiej, w głowie nadal się kręci i chodzę na bardzo zwolnionych obrotach ale już nie "biegam tak często do toalety". Posta pisałam przez prawie 2 godziny więc to chyba świadczy o tym że jeszcze nie do końca z mną jest ok. Ale zaparłam się,że będę co parę dni pisać więc piszę bo jak odpuszczę to będę odpuszczać sobie coraz więcej a tak być nie może.

środa, 5 listopada 2014

uf!

Dzisiejszy dzień na szczęście był totalnym przeciwieństwem wczorajszego. Co prawda pobudka była o 5 rano! ale Młody się zlitował i dał mi jeszcze troszkę podrzemać bawiąc się samochodzikami na naszym łóżku małżeńskim.
Humorek od samego rana miał naprawdę super, grzecznie się bawił, jak poprosiłam żeby posprzątał zabawki z podłogi to bez grymaszenia zrobił to raz dwa (zawsze była o to prawdziwa walka), pozwolił mi na spokojnie zrobić obiad i posprzątać. No istny cud miód i orzeszki :)
W południe poszliśmy na podwórko i mały spacer (choć na spacer musiałam go o dziwo mocno namawiać). Poszliśmy do Pani Kozy, tak tak prawdziwej żywej kozy. Ktoś prawie w środku miasta ( rzut beretek od głównej arteri naszego miasta) trzyma sobie w ogródku żywą kozę.  Choć widziałam ostatnio na rondzie obok nas biegające całe stado kóz więc nawet już się tej jednej nie dziwię. Przyjazna jest ta nasz Pani Koza bardzo, jak tylko nas przyuważy to przybiega się przywitać i oczysiście na mały poczęstunek (bo zwasze mamy dla niech choć kawałek marchewki). Młody ją zawsze karmi dumny niesłychanie.
Po spacerze na lulu bez najmniejszego sprzeciwu poszedł i spał jak susełek trzy godziny,a Ja w szoku totalnym tylko co chwile sprawdzałam czy czasem gorączki nie ma bo taka nagła odmiana o 180 stopni to aż podejrzane. Ale wszystko było ok.
Jak wstał to też z humorem dobrym i tak nam minoł spokojnie i wręcz sielankowo cały dzionek. Czy nie mogło by tak być już na stałe? Mnie się naprawdę bardzo to podobało. Choć z drugiej strony pewnie szybko by się znudziła taka sielanka. No takiej jak Ja to nigdy nie dogodzisz ;)

A oto i nasza Pani Koza:

Fot. mama przy kawie
Foto. Mama przy kawie
Foto. Mama przy kawie

wtorek, 4 listopada 2014

Koszmaaaaaaaaaaaaaarny dzień!!!

Czuję się dziś jak ten pająk przyciśnięty przez drzwi. Dzisiejszy dzień to dzień jednej wielkiej porażki, wszystko co mogło się nie udać to się spiep..... a to co mogło się udać to też się spiep..... WSZYSTKO, ABSOLUTNIE WSZYSTKO

poniedziałek, 3 listopada 2014

Mój rycerz


Foto. Mama przy kawie

Mój Młody dziś postanowił, że będzie rycerzem. Więc Mama musiała wykazać się trochę kreatywnością i stworzyć strój dla swojego bohatera. O ile z peleryną nie było większego problemu bo wystarczył zarzucony na plecy kocyk to już z hełmem był większy problem. Musiało to być coś godnego prawdziwego rycerza i jednocześnie lekkiego żeby było wygodniej (no i oczywiście bezpieczniej w trakcie szaleństw). Złapałam kartkę z bloku rysunkowego, skleiłam taśmą klejąca tworząc rulonik mniej więcej o średnicy głowy Młodego i gotowe. Oczywiście wszystko na tępo i niezbyt dokładnie bo Mały już się strasznie niecierpliwił (słowo "poczekaj chwilkę" albo "powoli" w jego słowniku nie istnieje :) ).Więc wyszło to troszkę pokracznie, ale radość i duma na buziaku Młodego bezcenna. Oczywiście hełm trzeba było jakoś przystroić (każdy rycerz ma piękny kolorowy hełm jak mnie dziecię moje poinstruowało) więc wzięliśmy się już wspólnie do pracy. W ruch poszły ulubione stempelki (z Biedronki) , kredki ołówkowe, świecowe i oczywiście najważniejsze narzędzie małe paluszki. Zabawy i śmiechu mieliśmy przy tym bardzo dużo, a mój Młody jak tworzył swoje dzieło w skupieniu to (tak jak mamusia kiedyś dawno dawno temu) z czubkiem języka na górnej wardze. Widok słodki niestety nie udało się uwiecznić go na zdjęciu. W ferworze pracy oczywiście wszystko było pokazane i palce i bluzka i buźka oczywiście też. Po wykonaniu ciężkiej pracy oczywiście przyszła pora na sesję foto (Młody uwielbia jak mu robię zdjęcia) i w końcu na zasadniczą zabawę. Oczywiście jak był rycerz to potrzebny był też smok którym oczywiście została Mama (tu przebranie i akcesoria nie były potrzebne wcale jestem wystarczająco straszna :) )   

Foto. Mama przy kawie
Foto. Mama przy kawie
Foto. Mama przy kawie
Foto. Mama przy kawie

niedziela, 2 listopada 2014

Mocne postanowienie

Ciągle nie mam serca do prowadzenia bloga. Jakoś nie potrafię się tu odnaleźć, nie czuję się w tym za dobrze. Wczoraj, a może już dziś (noc była nie pamiętam jaka godzina na zegarze) postanowiłam, że zawezmę się i będę pisać i JUŻ. Gdy Młody spał usiadłam do kompa i zmieniłam wygląd bloga. Teraz jakoś jest według mnie bardziej przejrzyście, ale i bardziej przytulnie. Chyba.
Postanowiłam, że będę pisała minimum co dwa dni. Nawet krótko i o czymś co zobaczyłam, przeczytałam, znalazłam w sieci, co mnie zirytowało, zaciekawiło itd. itp.
Takie po prostu małe co nieco ode mnie, niekoniecznie Kubusiowy miodek :)
No postanowienie mocne, mimo tego, że wiem iż nie będzie łatwo ponieważ Młody niestety nie pozostawia mi zbyt dużo wolnego czasu. Najwyżej będę pisała partiami i już.
Troszkę muszę ogarnąć i zorganizować swoje życie i dzień.
Będzie dobrze!
Musi być!

Domowy szpital

No i znowu wirusy nas dopadły.
Zaczęło się od przemarznięcia albo raczej od przewiania na Wólce. Pojechaliśmy całą familią ogarnąć grób mojego ojca. Zimno było koszmarnie,a do tego wiatr. Kto był na Wólce ten wie jakie tam hektary ogromne i jak wiatr sobie szaleje. Pomimo że streszczaliśmy się tak szybko jak to było tylko możliwe zmarzliśmy na kość. No i oczywiście następnego dnia Młody już zakichany i kaszlący ale wszyscy ogólnie kiepsko się czuliśmy. 
Wracaliśmy do siebie we wtorek i od tego dnia się zaczęło na poważnie nieciekawie. Moja Siostra zakatarzona, zachrypnięta i ledwo żywa. Młody coraz bardziej kasłał i lał się z niego katar litrami do tego wszystkiego ma taką przypadłość,że jak go kaszel dłużej trzyma to wymiotuje. Więc wszystko wokół jest za.... i pralka pełna chodzi min. dwa trzy razy dziennie.
W czwartek dopadło mojego Męża, mdłości, rozwolnienie i gorączka. 
Werdykt lekarza ROTAWIRUS. 
Fantastycznie :-(
Młody na szczęście szczepiony i szczepionka aktywna jeszcze więc powinien lżej to przejść.
Tak więc od piątku miałam w domu szpital ( a dla mnie raczej naprawdę ostrą jazdę bez trzymanki).
W kwestii wyjaśnienia moje dziecię jest z rodzaju tych co nie poleżą spokojnie w łóżku mimo nawet gorączki. On w takiej sytuacji biega,skacze i szaleje,nie potrafi się zająć niczym na dłużej niż minutę. Wszystko jest na NIE i już.
Natomiast mój Mąż jest dętka,konający w męczarniach i prawie już jedną nogą na tamtym świecie (w jego mniemaniu oczywiście) stępa, sapie, wzdycha i jęczy (kurde a ze mną w łóżku jak jest to nawet dźwięku z siebie nie wyda). No i oczywiście jak na obłożnie chorego leży pod kołderką cały boży dzień i przynieś mi to, przynieś mi tamto, podaj mi to i tamto, zrób mi herbatkę, zupkę, mleczko z miodkiem itd.
A Ja między nimi biegam i zastanawiam się tylko kiedy na zakręcie przywalę w ścinę.
A mnie oczywiście nic nie bierze. Śpię po 3 góra 4 godziny w nocy (Młody ciągle się budzi z płaczem, a mąż chrapie przeraźliwie), niewiele jem (nie mam kiedy nawet o tym pomyśleć), usiąść nie mam nawet jak bo ciągle tylko ktoś coś odemnie chce. A i jeszcze Mrowisko (pies którym się opiekujemy) plącze się między nogami bo widzi i czuje,że coś jakoś jest inaczej. O ile to razy mało nie wyrznęłam ryjkiem o podłogę przez nią to już nawet nie wiem.
Gdy piszę tego posta to jesteśmy już chyba na finiszu choróbska. Chłopaki zaczynają normalnie jeść i "w miarę normalnie" się zachowywać. Młody śpi, Mąż męczy kompa, a Ja wreszcie mam chwilkę oddechu.

Foto.  mama przy kawie
Jedna z niewielu chwil odpoczynku

Foto. mama przy kawie
Młody "padł" ze zmęczenia

sobota, 4 października 2014

Pierwsze "artystyczne" próby

Foto: Mama przy kawie
Jakieś trzy miesiące temu mój mąż na prezent urodziny sprawił mi maszynę do szycia. Zawsze chciałam spróbować swoich sił w szyciu. Moja mamuśka miała kiedyś maszynę Łucznika i podobno sporo na niej działa. Ale to było dawno dawno temu. Przeszukaliśmy całą piwnicę u mojej mamy (bo tam wylądowała lata temu) znaleźliśmy wiele "skarbów" ale maszyna przepadła ku mej szczerej rozpaczy. Fakt, że nie planowałam wielkiej kariery krawieckiej ale czasami potrzeba coś podszyć, skrócić czy przyszyć i coś mnie trafia jak pomyślę, że za krawcowa za 20 minut pracy zainkasuje 20zł. W ręku nie potrafię szyć (pomimo wielu wielu prób nie potrafię równo zszyć nawet kawałka materiału). Po za tym maszyna daje sporo możliwości twórczej pracy (a to uszyć pelerynę na rycerza czy króla albo kapelusz dla czarodzieja itd.) Tak że koniec końców zachorowałam na maszynę do szycia. I mąż mój stwierdził, że to świetny pomysł (wie że siedząc całymi dniami w domu potrzebuję mieć odskocznię - z resztą wspiera mnie i wierzy w moje możliwości o czym pewnie jeszcze nie raz wspomnę) i tak pojawiła się u nas w domu maszyna Łucznika o wdzięcznym  imieniu Katarzyna.
Muszę jeszcze napomknąć, że z maszyną miałam do czynienia na zajęciach ZPT w szkole podstawowej (daaaawno temu). Ale postanowiłam się nie zrażać od razu. Przeczytałam instrukcję obsługi i zaczęłam po troszku sprawdzać jak to ustrojstwo działa. Przeszukałam internet żeby znaleźć coś do zrobienia na próbę i znalazłam. Jak zwykle rzuciłam się na gorącą wodę jak to cała Ja.
Ostatnio na dobranockowym czytaniu króluję "Pan Kuleczka". Historia o Panu Kuleczce, Kaczce Katastrofie, Psie Pypciu i Muszce Bzyk-Bzyk (polecam gorąco, świetna, przyjemna i pouczająca lektura nawet dla małych dzieci a starsze na pewno odnajdą ukryte w opowiadaniach przesłania). Wybór więc padł na jedną z postaci, na Psa Pypcia.

Wzór z jakieś strony bez odnośnika do autora czy oryginału, mam nadzieję, że autor nie obrazi się, że bez jego/jej wiedzy zamieszczam na moim blogu.

Wzór znaleziony w sieci

To był mój debiut prawdziwy, nie wiedziałam jeszcze co i jak i w jakiej kolejności robić. Wyszło parę nie dociągnięć ale efekt końcowy zadowalający.  A zabawa dla mnie przednia. Zwłaszcza, że w momencie gdy wypychałam mu środek wkładem z poduszki na dworze szalała straszna burza,a na zegarze zbliżała się północ. Od razu przypomniała mi się scena ze starego filmu o Frankensteinie i tekst " It's a life! A life!" :-D

A oto i "mój" Pypeć w całej okazałości (tło koszmarne ale tego dnia była kiepska pogoda i jedynie u Młodego w pokoju na zdjęciach było coś widać).



Foto: Mama przy kawie

Foto: Mama przy kawie

Foto: Mama przy kawie

Foto: Mama przy kawie



Najważniejsze, że Młody jak zobaczył moje "dzieło" wykrzyknął "O! Pypeć!"


Zwiedzanie "dobra" Narodowego

Foto. Mama przy kawie
Dobro Narodowe


Od jakiegoś czasu w ostatnią niedzielę września organizowany jest Maraton Warszawski. Co prawda nasza rodzinna biegaczka w nim nie uczestniczyła ale nadarzyła się okazja pozwiedzać nasz nowy obiekt sportowy, ponieważ maraton zaczynał się i kończył na płycie Stadionu Narodowego. Stadion stoi od jakiegoś czasu ale jakoś ciągle nie było okazji go pozwiedzać, przejeżdżaliśmy tylko koło niego wielokrotnie i za każdym razem mój Mały tylko krzyczał "Mama zobacz łódka, łódka!". Pomimo, że za każdym razem tłumaczyliśmy mu co to jest, jak się nazywa i jakie jest jego przeznaczenie nic nie skutkowało. Zakodował sobie łódkę i już. Więc był kolejny powód żeby się wybrać na zwiedzanie. Dotarliśmy na miejsce (ku ogromnej uciesze Młodego) SKM.
Pierwsza rzecz która mnie zirytowała na samym wstępie: jak Ja mam do jasnej ... zjechać wózkiem po takiego ogromnej ilości schodów żeby się wydostać ze stacji na błonia?! WRRRRRRRRRR! Aż się zapieniłam! Ja rozumiem że na Dworcu Zachodnim, na Śródmieściu i Ochocie i innych stacjach SKM brak jest windy, podjazdu czy czegokolwiek ułatwiającego dostanie się na górę bo to są "STARE" obiekty (zawsze to dobra wymówka). Ale stacja SKM Stadion Narodowy jest NOWYM obiektem,współczesnym ba nowoczesnym. Taaaaaa!
Dobrze, że byliśmy całą familią to daliśmy radę ale sama umarł w butach. OK przełknęłam to, skomentowałam i poszliśmy dalej.
Wdrapaliśmy się dzielnie pod górkę, dzielnie bo Młody tuptał twardo przy nas, dotarliśmy do jednej z wielu bram. I tutaj (mam nadzieję, że nikt ze Stróżów Prawa nie czyta tego) nastąpiło uroczyste obsiusianie bramy. Rzecz jasna bramę obsiusiał Młody nie my. Dumny był z siebie niesłychanie, zwłaszcza, że zrobił dużą fontannę na stojaka. Po podciągnięciu galotek z dumą popędził do Babci się pochwalić "Babcia obsiusiałem mój Stadion dla Narodów" :D
Gdy dotarliśmy do KOLEJNYCH SCHODÓW ręce mi opadły totalnie. Nowoczesny obiekt i wszędzie schody i schody i schody. ECH.
Na stadionie ludzi multum i koszmarnie głośno. Mój Młody w płacz i do Taty na ręce. No i tyle by było ze wspólnego zwiedzania. Wciąż tylko płakał "Tatusiu czemu ten pan tak głośno krzyczy". Nie było innego wyjścia jak szybko się ewakuować, nie chcieliśmy żeby nam się dziecię zapłakało. Jak zeszliśmy już na błonie to już było dobrze. Młody pobiegał trochę między drzewami w poszukiwaniu wiewiórek i jeży ale niestety nic nie "upolował". 
Moje wrażenia z wycieczki? Stadion jak stadion. Ogromny obiekt, przestronny z ogromną ilością schodów :-D głośno było rzeczywiście bardzo. Pan prowadzący bbbbardzo się emocjonował i nie tyle krzyczał co wydzierał się prawie do mikrofonu, a że nagłośnienie mają nie najgorsze to odnosiło się wrażenie, że krzyczy przez wielką tubę wprost do Twojego ucha. Jeśli chodzi o atrakcję dla małych dzieci tj. około 3 letnich to poza balonami (których coś ostatnio mój Młody znów zaczął się bać, nie wiem dlaczego) nie było absolutnie nic. 
A Młody jeszcze przez dwa dni chodził i powtarzał "nie lubię stadionu narodów bo tam pan strasznie bardzo głośno krzyczał"

Foto. Mama przy kawie
Bieg pochwalny

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie
Murawa stadionu

Foto. Mama przy kawie
Moje chłopaki

Foto. Mama przy kawie
Dach

Foto. Mama przy kawie
Moje chłopaki "na samolota"

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie
przytulas do Taty

Foto. Mama przy kawie



Foto. Mama przy kawie
od lewej: mój Młody, mój Mąż, moja Siostra, moja Mama 

Foto. Siostra Mamy przy kawie
od lewej: Ja, mój Młody, mój Mąż, moja Mama

Trudno się przekonać do pisania

Stożyłam bloga żeby na nim zapisywać swoje myśli, pomysły i zamieszczać to co zrobiłam i co chciałabym zrobić ale jakoś wciąż mi brak śmiałości. Zastanawiam się dlaczego tak jest? Przecież nikt tu nie zagląda, nie czyta i nie komentuje moich wpisów, bo po prostu jest ich tyle co kot napłakał. Więc co tu komentować i czego się tu bać. Jak się ktoś już tu zaplącze to nawet jak coś skomentuje to co z tego? Po to się przecież prowadzi bloga.

Ciekawego życia nie ma. Nie podróżuje, nie zwiedzam, nie piekę ciast ani tortów (nie posiadam jeszcze piekarnika niestety). Trochę robię na szydełku. W sumie to małą wprawę już mam bo jak byłam w ciąży to dla relaksu i "zabicia" czasu robiłam szaliki i kominy dla całej rodziny. Także czy chcieli czy nie to zostali obdarowani "wyprawką zimową".
Gdy Młody miał jakieś półtora roku przeprowadziliśmy się do innego miasta. Z Warszawy w której żyłam jakieś 20 lat przenieśliśmy się do Józefowa pow. Otwocki. Nie daleko ale tu jest zupełnie inny świat. Spokojniej, ciszej, wolniej przypomina mi moje rodzinne miasto Sandomierz. Ma swój klimat, w przenośni i dosłownie, tu jest zupełnie inne powietrze bardziej wilgotne i czystsze. Nie tęsknię za zgiełkiem i hałasem Warszawy, ciągłym pośpiechem i dzikim pędem. Podoba mi się to wolniejsze tępo.

Rzeczy albo raczej miejsca którego mi brakuje w Józefowie to jakiś klub dla rodziców z dziećmi czy klubik dla dzieci. Kiedy nie ma pogody nie ma co zrobić z Młodym którego energia rozpiera. Poza tym powinien nawiązywać kontakty społeczne z innymi dziećmi, no i mama wcale a to wcale by nie pogardziła nowymi znajomościami :)

Brakuje mi znajomych z którymi łatwiej było się spotkać w Warszawie. Choć te spotkania były niestety bardzo sporadyczne. Każdy ma swoje życie zawodowe i prywatne i niestety panuje nadal przekonanie, że młoda matka nie ma nigdy na nic czasu poza opieką nad swoim dzieckiem oraz jedynym tematem dla niej jest jej dziecko.
Ok, nie powiem, że nie ma w tym prawdy ale jak zawsze nie do końca.
To prawda, że moim życiem jest Młody i wszystko co Jego dotyczy bo On absorbuje mój cały dzień i całą uwagę. Ale kocham książki, kryminały i sensacje, lubię dobre wino i smaczną kuchnie, kocham muzykę która mi towarzyszy non stop, próbuję swych sił w szyciu i szydełkowaniu, mam ochotę kiedyś spróbować swoich sił w decoparzu (czy jak to się tam pisze).
Dla innych całym życiem jest praca, kariera, ukochany, planowanie ślubu czy budowa nowego domu. To normalne, że absorbują nas tematy które nas bezpośrednio dotyczą i są dla nas ważne. Cała sztuka polega na tym żeby umieć poruszać się w różnych tematach i mieć po prostu ochotę wysłuchać drugiej osoby.

Łał ale się dziś rozszalałam. No prawdziwy słowo potok :)

piątek, 26 września 2014

Kataklizm nadciągnoł

Kataklizm przybył dzisiaj.

Młodego staram się zawsze kłaść na drzemkę miedzy 13tą a 14tą (przeważnie myjemy ręce po spacerze i zjada kaszkę to jest 13.30 i zasadnicze lulanie) Dlaczego? Bo w tych godzinach robi się już senny i marudny. Jak go nie spróbuję ululać to do 19tej się z taką marudą męcze. Nie potrafi się niczym zająć, wszystko jest na NIE. Jak to wygląda wie kto ma dzieci, kto nie ma, niech żyje w błogiej niewiedzy. Niech wystarczy komentarz, że robie wszystko żeby mimo wszystko poszedł psialuli choć na godzinkę.
Kto zgadnie o której godzinie kataklizm nadciągnoł? Tak! Zgadza się! Dokładnie  o 13.30 czyli w najgorszym momencie.
Pobyła 20minut ( dosłownie,patrzyłam na zegarek) i poszła z tekstem "no i znów się wnusiem swoim nie nacieszyłam ale mam jeszcze tyle spraw do załatwienia,a Ty (to do mnie) musisz go położyć już spać bo jakiś taki marudny jest" trzasneła drzwiami zostawiając mnie z rozbudzonym,niewyspanym i marudzącym dzieckiem.
Oczywiście już nie dał się ululać.
To nic że z tysiąc razy (albo i więcej) tłumaczyłam jej że w tych godzinach się do nas nie przychodzi. Za każdym razem jest wielkie zdziwienie i żale że dzieckiem się nie nacieszyła. Przychodzi w godzinach spania,pobędzie 20 minut bo jako nie pracująca samotna emerytka jest tak strasznie zabiegana że ciągle ma coś do załatwienia i jeszcze ma pretensję do mnie że się wnukiem nie nacieszyła. A na przywitanie zawsze rzuca tekst "nie przyszłabym do was wcale ale że byłam po drodze to już wstąpiłam". Zawsze mam ochotę zapytać "a musiała być mamusia po drodze".
I tak kolejny raz teściowa się popisała.

czwartek, 25 września 2014

Biadolenie

Miało być bez zrzędzenia i marudzenia ale sory dziś nie da się.

Są takie dni gdy rano ledwie otworzysz oczy i już wiesz,że dzień bedzie do dupy,a gdy jeszcze bladym świtem wdepniesz w psią kupę zrobioną na sirodku pokoju Twojej pociechy to już masz zapewnione że cały dzień będzie naprawdę posrany.

Spaliłam naleśniki na śniadanie, ciachnełam sobie palca nożem, wykipiało i zalało płytę jedzenie dla psów, Młody podarł książkę i zwymiotował na mnie, brzuch z prawej strony boli tak że boli nawet jak oddycham nie mówiąc już o chodzeniu, a jeszcze nie ma południa.

Czekam jeszcze tylko na niezapowiedzane nadejście kataklizmu w postaci mojej teściowej (bo że nadejdzie to jestem pewna, zawsze się pojawia by rozwalić całkiem już dzień)

środa, 10 września 2014

Genialna stronka o szydełkowaniu

Mała informacja o mnie lubię szydełkować. Staram się coś tworzyć z wzorów zaczerpniętych z netu. Wychodzi mi to różnie. Przeważnie robię i pruję, potem znów robię i znów pruję, po czym rzucam w kąt na parę dni i wracam do dziergania. Wprawy nabieram. W wolnej chwili (ha ha) i przy odrobinie inspiracji zamieszczę kilka zdjęć i parę słów o tym co już zrobiłam.

A na razie zapraszam na bardzo ciekawą stronkę o szydełkowaniu która mnie naprawdę zauroczyła:

http://kasiulkoweprace.blogspot.com/2013/04/czwartkowe-porady-kasiulkowe-jak-zrobic.html?m=1

czwartek, 4 września 2014

Pani Cień

Dzisiaj jestem Cieniem. Nikt mnie nie zauważa, nikt mnie nie słyszy, nikt mnie nie wysłuchuje (wbrew pozorom to dwie różne rzeczy). Nie żebym była bardzo ekstrwagancka (jakaś psełdo celebrytka czy coś takiego) nie żebym dawała ludziom powody do pokazywania mnie palcem i niewymownych spojrzeń. Jestem sobie zwykły człowiek ale jestem i na pewno nie jestem niewidzialna! A dziś właśnie tak sie czułam. Jakby mnie wcale nie było. Przeglądałam się pare razy w lustrze,w mijanych szybach samochodów i sklepów. I co? I byłam! A przynajmniej było moje odbicie. Czyli widzialna byłam.
Tak prawdę mówiąc to nie jestem małą i kruchą istotką. Mam 167cm wzrostu (według mnie ni mało ni dużo) swoją wagę czy też masę posiadam (wielorybem nie jestem ale pod orkę już bym chyba mogła podchodzić) więc raczej trudno mnie nie zauważyć. A jednak dziś był dzień Pani Cienia. Niemy,niewidzialny Cień.

Prawda

http://demotywatory.pl/4386281

czwartek, 14 sierpnia 2014

Trzydniówka atakuje! Apsik

Najpierw zakichana, zakatarzona i ledwo przytomna była moja siostra. Potem mój mąż zrzędził i marudził, że przez katar umiera (jak to większość mężczyzn już  chyba w naturze swej ma). Potem moja mama ze smarkatkami latała no i oczywiście moje dziecię też. Kto ma małe dziecko ten wie co znaczy chore dziecko. Nieprzespane noce, marudne i zabiegane dni, wypluwanie obiadu i gile po pas. Wszyscy przechodzili zaziębienie równiutko trzy dni. Naturalnie i mnie nie ominęło. Jak to się mówi "wszyscy to wszyscy Babcia też" - choć w tym przypadku raczej Mama :) Tyle że w moim przypadku to przeszło na zatoki i krtań. Więc tak sobie już choruję od tygodnia i końca nie widać ;-( Wszystkich wyleczyłam a teraz poległam i Ja.



Początek, ach początek

Trudne początki

To mój pierwszy blog i mój pierwszy post. Można by powiedzieć chrzest bojowy :P
Nie posiadam konta na Facebooku ani na Twitterze. Jeszcze chyba do niego nie dorosłam ;-)  
Więc na wstępie może tak.
O czym będzie blog? 
Krótko mówiąc o wszystkim ;-D
  • o tym co mnie zainteresuje
  • o tym co mnie zainspiruje
  • o tym co mnie zdenerwuje
  • o tym co mnie zbulwersuje
  • o tym co wytworzyłam albo co bym chciała wytworzyć
  • o tym co w mym łbie się kłębi
Ogólnie o tym co się dzieje w moim nudnym i prostym życiu :P
Jak kogoś to zainteresuje to super jak nie to życzę ciekawszego życia od mojego :-D

P.S.
Za wszystkie literówki i błędy z góry przepraszam (nie zawsze mam okazję pisać w spokoju i skupieniu)