niedziela, 2 listopada 2014

Domowy szpital

No i znowu wirusy nas dopadły.
Zaczęło się od przemarznięcia albo raczej od przewiania na Wólce. Pojechaliśmy całą familią ogarnąć grób mojego ojca. Zimno było koszmarnie,a do tego wiatr. Kto był na Wólce ten wie jakie tam hektary ogromne i jak wiatr sobie szaleje. Pomimo że streszczaliśmy się tak szybko jak to było tylko możliwe zmarzliśmy na kość. No i oczywiście następnego dnia Młody już zakichany i kaszlący ale wszyscy ogólnie kiepsko się czuliśmy. 
Wracaliśmy do siebie we wtorek i od tego dnia się zaczęło na poważnie nieciekawie. Moja Siostra zakatarzona, zachrypnięta i ledwo żywa. Młody coraz bardziej kasłał i lał się z niego katar litrami do tego wszystkiego ma taką przypadłość,że jak go kaszel dłużej trzyma to wymiotuje. Więc wszystko wokół jest za.... i pralka pełna chodzi min. dwa trzy razy dziennie.
W czwartek dopadło mojego Męża, mdłości, rozwolnienie i gorączka. 
Werdykt lekarza ROTAWIRUS. 
Fantastycznie :-(
Młody na szczęście szczepiony i szczepionka aktywna jeszcze więc powinien lżej to przejść.
Tak więc od piątku miałam w domu szpital ( a dla mnie raczej naprawdę ostrą jazdę bez trzymanki).
W kwestii wyjaśnienia moje dziecię jest z rodzaju tych co nie poleżą spokojnie w łóżku mimo nawet gorączki. On w takiej sytuacji biega,skacze i szaleje,nie potrafi się zająć niczym na dłużej niż minutę. Wszystko jest na NIE i już.
Natomiast mój Mąż jest dętka,konający w męczarniach i prawie już jedną nogą na tamtym świecie (w jego mniemaniu oczywiście) stępa, sapie, wzdycha i jęczy (kurde a ze mną w łóżku jak jest to nawet dźwięku z siebie nie wyda). No i oczywiście jak na obłożnie chorego leży pod kołderką cały boży dzień i przynieś mi to, przynieś mi tamto, podaj mi to i tamto, zrób mi herbatkę, zupkę, mleczko z miodkiem itd.
A Ja między nimi biegam i zastanawiam się tylko kiedy na zakręcie przywalę w ścinę.
A mnie oczywiście nic nie bierze. Śpię po 3 góra 4 godziny w nocy (Młody ciągle się budzi z płaczem, a mąż chrapie przeraźliwie), niewiele jem (nie mam kiedy nawet o tym pomyśleć), usiąść nie mam nawet jak bo ciągle tylko ktoś coś odemnie chce. A i jeszcze Mrowisko (pies którym się opiekujemy) plącze się między nogami bo widzi i czuje,że coś jakoś jest inaczej. O ile to razy mało nie wyrznęłam ryjkiem o podłogę przez nią to już nawet nie wiem.
Gdy piszę tego posta to jesteśmy już chyba na finiszu choróbska. Chłopaki zaczynają normalnie jeść i "w miarę normalnie" się zachowywać. Młody śpi, Mąż męczy kompa, a Ja wreszcie mam chwilkę oddechu.

Foto.  mama przy kawie
Jedna z niewielu chwil odpoczynku

Foto. mama przy kawie
Młody "padł" ze zmęczenia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz